„Ja dam!”

Zabraliśmy Basię do domu pełni wiary, że teraz już wszystko się ułoży. Nasza rodzina wreszcie jest pełna. Spełniło się nasze największe marzenie. Po kilku dniach euforii, emocje zaczęły opadać i zaczęło się codzienne życie. Po kryzysie trzeciej nocy, Basia zaczęła zachowywać się inaczej.

Od cichego zaprzeczania do eksplozji

Weszła w tryb podobny do klasycznego buntu dwulatka, jednak jej postawa była nieco inna. Głównym słowem, powtarzanym setki razy dziennie, było NIE. Ale bardziej niepokojący był fakt, że doskonale wyczuwała nasze nastroje, obserwowała i wykorzystywała je. Każde, najdrobniejsze, okazanie irytacji lub dezaprobaty z naszej strony, powodowało wielokrotne powtarzanie przez nią zachowania, które tą reakcję wywołało. Robiła to tak długo, aż któreś z nas nie wytrzymało i krzyknęło, lub zabrało jej jakiś zabroniony przedmiot. Wtedy następowała krótka eksplozja płaczu i histerii, a dosłownie sekundy później wyraźne rozładowanie i wręcz drastyczne przejście do zadowolenia, radości itp.
Ja jestem dużo bardziej impulsywna od mojego męża, więc mocniej to było widoczne w naszej relacji. Spędzałam też z nią więcej czasu. W efekcie, Basia dowiedziała się szybko, co może mnie wyprowadzić z równowagi. Jeżeli się gdzieś spieszyłyśmy i podniosłam głos, ponaglając ją do założenia butów, mogłam być pewna, że nie tylko ich nie założy, ale też,  przez następnych kilka dni nie będzie chciała tego robić.

Akcja chomik – posiłkowy horror

To samo działo się przy jedzeniu. Szybko połapała się, że posiłki to ten element, na punkcie którego jestem czuła. Przyszedł więc moment, gdy po kilku pierwszych łyżeczkach dania, odmawiała posiłku. Początkowo kombinowałam z samolocikami, prosiłam, nakazywałam i wychodziłam z siebie. Sytuacja powtarzała się nieustannie. Postanowiłam więc odpuścić. Wypuszczałam ją z fotelika jak tylko odmówiła jedzenia. W efekcie, po kilku dniach, obmyśliła nową sztuczkę. Około trzeciej łyżki zaczynała pakować jedzenie do buzi, tyle ile się dało i trzymała je tam. Nie chciała ani połknąć, ani wypluć. Teraz wydaje się to śmieszne, ale potrafiła chodzić z tym po dwie, trzy godziny. Podchodziła do mnie pokazując zawartość, żebym widziała, że wciąż trzyma. Nie dało się nie zwracać uwagi, wtedy robiła cyrki, żeby tylko być obok i patrzeć. to z kolei kończyło się często zadławieniem. Czasem byłam zupełnie bezsilna. Tego typu zachowania zaczęły wywoływać we mnie reakcje, których sama bym się po sobie nie spodziewała. Zaczynałam krzyczeć, potrafiłam nawet  ścisnąć jej policzki, żeby tylko wypluła. Sama nie wiedziałam wtedy dlaczego mnie to tak irytuje. Dużo później zdałam sobie sprawę z istoty problemu. Robiło się coraz trudniej.

„Ja dam!” czyli nie potrzebuję waszej pomocy.

Muszę tu wtrącić, że jedzenie, zakładanie butów, jak wiele innych rzeczy, robiła przy sobie sama. Nie dlatego, że my nie chcieliśmy jej pomóc. Wręcz przeciwnie. Jej kolejną cechą w tym okresie była wręcz ostentacyjna  samodzielność. Kiedy podchodziło się do niej, by w czymkolwiek pomóc, wystawiała rączkę do przodu, na znak blokady i krzyczała: “Ja, dam!”. Szybko zrozumieliśmy, że mówi “Ja, dam sobie radę sama”. Potem doszła do wyliczania nam dowodów swojej samodzielności. Ciężko było zachować powagę, gdy po wyjściu z toalety pukała mnie w kolano wyliczając: “Mama, mama! Siusiu – ja, papej – ja, woda – ja, jęce – ja” i zadowolona odwracała się na pięcie nie czekając nawet na pochwałę.

Psychiatra dziecięcy na NFZ…

W tym samym czasie, czyli około trzech miesięcy po zamieszkaniu Basi z nami, przyszedł moment na wizytę u lekarki, która jeszcze w domu dziecka, zapisywała jej silne leki uspokajające. Wyczytaliśmy, że to środki psychotropowe, przeciwpadaczkowe. Byliśmy przerażeni. Mówiono nam, że były podawane “profilaktycznie”, ze względu na nadpobudliwość, bo bali się, że zrobi sobie krzywdę. Musieliśmy wiedzieć dlaczego je dostawała. Wizyta u psychiatry i jej skutki, zapoczątkowały nową, trudną, erę w naszej wspólnej historii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *