„MU”

Po miesiącu odwiedzania naszej małej dziewczynki w domu dziecka, przychodzi wreszcie upragniony moment. List z sądu obwieszcza pozwolenie na zabranie dziecka do domu.

Jedziemy po dziecko!

Najpierw pożegnalna herbatka z mieszkańcami pogotowia opiekuńczego. Po czym nasza córeczka zostaje rozebrana do naga. Mamy ją ubrać w przywiezione ze sobą ciuszki. Dobrze, że przyszło mi do głowy, żeby wziąć także Pampersa. Jestem w szoku, ale robię co trzeba. Atmosfera jest dziwna, nierzeczywista. Czuję się jak w filmie.

Próbuję wyjaśniać małej, co się dzieje, to wywołuje irytację opiekunki: “Pani jej nie tłumaczy, przecież toto jeszcze nic nie rozumie”. Hm… “toto” ma prawie 2,5 roku i wydaje się całkiem nie głupie, ale chyba już nie warto wdawać się w dyskusję.

Jedziemy do domu!

W aucie po raz kolejny tłumaczymy jej, że teraz wszystko będzie nowe: pokoik, zabawki, dom, a nawet imię – Basia. Wydaje się zadowolona. Najbardziej zaabsorbowana  jest swoim fotelikiem samochodowym. Głaszcze go dookoła i co chwilę pyta “Mu? Mu? Mama, Mu?”. Myśleliśmy, że widzi krowę, a to było jej niedowierzanie, że może o czymś mówić “MÓJ”. Dotąd nie miała nic swojego.

W swoim pokoiku dotyka każdej zabawki, łóżka, szafy i uparcie powtarza swoje pytanie: “Mu?”, podchodzi do mnie – “Mu mama?”. Za chwilę ona sama nam wszystko pokazuje, klepie nas i krzyczy “Mama, mama, pa, pa, pa, mu, mu!”. “Mamą” jesteśmy obydwoje, bo “mama, pa (patrz), mu (mój) i nie”, to wszystko co potrafi powiedzieć. Wyrzuca z siebie te sylaby non-stop, seriami, jak z karabinu maszynowego. Widać, że jest oszołomiona, ale dzielnie sobie radzi i wygląda na szczęśliwą.

Jest jak małe zwierzątko, kierujące się tylko instynktami. Nic nie wie o świecie. Nie wie co to są lody, słoń, wąż, czy żyrafa. W książeczce chętnie ogląda tylko rysunek cebuli, która płacze.

Różowe początki i bum !!!

Pierwsze dni są cudowne, bezproblemowe. Basia śpi spokojnie w łóżeczku ustawionym w naszej sypialni. Nocą trzymamy się za ręce. W dzień poznaje nasz świat, wszystko wydaje się być sielanką i spełnieniem marzeń.

Wieczorem, trzeciego dnia, przychodzi kryzys. Gdy trzeba iść spać, Basia zdaje sobie sprawę, że to nie jest chwilowa, gościnna wizyta. Płacze, wyciąga rączki w stronę okien, wyrywa się. Na wszelkie próby uspokajania, odpowiada krzykiem “Nieeee”. Woła: “Mama, mama” a gdy mówię, że jestem przy niej, odpycha mnie i protestuje. Wiem, że nie chodzi jej o mnie.

Widzimy i czujemy, że pamięta poprzedni dom i nie rozumie, dlaczego tam nie wraca. Jesteśmy jej trzecią rodziną. Co dzieje się w sercu dziecka w takiej chwili?

Widać, że dociera do niej, że straciła swój dotychczasowy dom. Nie ma przy niej “cioci”, która codziennie kładła ją spać. Tego wieczora  jak na dłoni widać było, targające nią emocje. Miałam wrażenie, że w jej oczkach, jak u postaci z kreskówek, widnieją dwa wielkie znaki zapytania.

Co robić?

Jak można, w takiej chwili dziecku  pomóc? Jak ma zrozumieć, że zrobimy wszystko, by było jej lepiej? My byliśmy po prostu przy niej, aż zasnęła zmęczona płaczem. Całą noc zanosiła się i pochlipywała.

Rano wstała odmieniona. Jakby pogodzona z faktem, że tak już zostanie. Chciałabym napisać, że to zaakceptowała, ale akceptacja nie jest najlepszym słowem do opisania dalszych wydarzeń.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *