Adoptowana miłość

Miłość i więź nie przychodzą na zawołanie. To głębokie i skomplikowane procesy. Uczucia nie da się przecież wywołać na siłę. Dziecka nie wybiera się samemu, spośród wielu innych. To nie sklep z zabawkami. Nie bierze się go na próbę, żeby w razie czego zwrócić.

Czy od razu ją pokochaliście?

To pytanie, które słyszę najczęściej. Trudno odpowiedzieć na nie w dwóch słowach. Nie powiem przecież: „Nie, trochę później”. Prawda jest taka, że dostajesz gotowego, małego człowieka. Nie wygląda to jak w filmach. Nie chodzisz po domu dziecka, czekając na poryw serca, a jak go poczujesz, mówisz: „Wybieram tego, proszę zapakować”.
Czekasz latami w kolejce. Gdy przychodzi właściwy dzień, dostajesz to dziecko, któremu akurat uregulowała się sytuacja prawna. Oczywiście, można odmówić, ale nie po to starasz się adopcję, żeby wybrzydzać.

Czy baliście się, że jej nie pokochacie?

Ja, nie. Mimo, że początkowo była po prostu dziewczynką, którą dopiero poznałam. Wiedziałam, że mam w sobie ogromne pokłady miłości. Bardzo chciałam ją komuś dać. Zaraz po poznaniu dziecka, jest tyle emocji i tyle zamieszania, że nie ma czasu na wątpliwości. Wpadasz w wir przygotowań i organizacji pracy. Ja, czułam się jak na karuzeli. Potem zabierasz dziecko do domu i każdy dzień niesie nowe wyzwania.

A co z czułością i więzią?

Adopcja przypomina trochę kojarzone małżeństwo. W Indiach i wielu innych krajach, młodzi ludzie pobierają się z wyboru ich rodziców. Po latach, wiele z tych małżeństw szczerze się kocha. Oczywiście, z dzieckiem jest łatwiej. Po pierwsze, sam decydujesz się na adopcję. Po drugie, na ogół, masz wielką potrzebę rodzicielstwa. Po trzecie, maluszki są często urocze i łatwiej je pokochać. Jednak, w obydwu przypadkach, najpierw powstaje związek obcych sobie osób. Poznają się każdego dnia, nawiązują więź i rodzi się uczucie. Uczą się wzajemnej czułości. Potem, jak dobrze pójdzie, przychodzi miłość.

Kiedy poznałaś, że to już? Że kochasz ją, jak rodzone dziecko?

Przez moje kłopoty z panowaniem nad nerwami (o których pisałam wcześniej), trochę to trwało. Miałam ogromną blokadę, czułam ucisk w klatce piersiowej i ciągle chciałam być górą. Moje DDA dawało o sobie znać każdego dnia. Pochodząc z domu bez czułości do dzieci, wszystkiego uczysz się sam. Jednak, pewnego dnia, zauważyłam coś nowego. Gdy weszłam z nią do toalety i patrzyłam jak robi kupkę, nie mogłam się na nią napatrzeć. Miałam ochotę całować ją po czerwonej z napięcia buźce i zatrzymać tą chwilę na zawsze. Wtedy wiedziałam, że to musi być TO. Właśnie taka, nieco śmierdząca sytuacja, została mi w pamięci jako moment przełomowy. No cóż. Miłość nie wybiera 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *